Do zobaczenia kiedyś tam, Mirku…
Minęło ponad pięćdziesiąt lat od dnia, kiedy poznałem Mirka. Gdy dzisiaj piszę te słowa, sam nie bardzo mogę uwierzyć w tę liczbę. Ponad pół wieku. Przecież w mojej pamięci niektóre obrazy z tamtych lat są nadal tak wyraźne, jakby wszystko wydarzyło się niedawno. Jakby wystarczyło zamknąć oczy, aby znów znaleźć się na Smoczej, wejść do naszego liceum Traugutta i zobaczyć znajome twarze koleżanek i kolegów.
Byliśmy wtedy bardzo młodzi. Mieliśmy swoje marzenia, plany i przekonanie, że przed nami jest nieskończenie dużo czasu. To była dobra szkoła. Ale dzisiaj myślę, że jej największą wartością byli ludzie. Młodzi, pełni aspiracji, czasem trochę szaleni, czasem bardzo poważni, ale przede wszystkim serdeczni i bliscy sobie. Wśród nich był Mirek.
Z Mirkiem bardzo szybko się zakolegowałem. Było nam tym łatwiej, że mieszkaliśmy właściwie tuż obok siebie, przy ulicy Miłej. W Warszawie odległość między domami często decyduje o wielu sprawach. W naszym przypadku sprawiła, że szkolna znajomość szybko stała się czymś więcej. Były rozmowy, spotkania i zwykła codzienna obecność, której wtedy zupełnie się nie doceniało. Bo kiedy ma się kilkanaście lat, człowiekowi wydaje się, że tak będzie zawsze.
Mirek interesował się przyrodą. Nie było to jednak takie zwyczajne, przelotne zainteresowanie. On naprawdę potrafił się czymś zająć, zagłębić w temat, próbować zrozumieć. Już wtedy było widać, że nauki biologiczne są mu bliskie. Pamiętam, jak w trzeciej klasie uczestniczyliśmy razem z Mirkiem i Elą w olimpiadzie biologicznej. Nie pamiętam już wszystkich szczegółów tamtego wydarzenia. Po tylu latach wiele rzeczy zaciera się w pamięci. Ale doskonale pamiętam Mirka i jego eksperyment związany z partenokarpią pomidorów. Samo słowo „partenokarpia” brzmiało wtedy bardzo naukowo i poważnie.
Mirek prowadził swój eksperyment z ogromnym zainteresowaniem. Naprawdę go to zajmowało. Często o tym rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy o projekcie, o jego obserwacjach i pomysłach. Dzisiaj, patrząc na to z perspektywy wielu lat, widzę w tamtym młodym chłopaku przyszłego lekarza. Człowieka ciekawego świata i tego, jak funkcjonuje życie.
Po latach Mirek ukończył Akademię Medyczną w Warszawie, a później rozpoczął praktykę lekarską w Szwecji. Każdy z nas powoli szedł własną drogą.
Ale zanim dorosłe życie zaczęło stawiać między nami kolejne obowiązki, odległości i granice, była jeszcze muzyka. Ja w tamtym czasie z wielkim zapałem zbierałem płyty. Problem polegał na tym, że z porządnym sprzętem do ich słuchania było u mnie znacznie gorzej. Miałem wprawdzie urządzenie o dumnej nazwie Bambino, ale trudno było uznać je za spełnienie marzeń młodego miłośnika muzyki.
Mirek miał znacznie lepszy sprzęt.
Kiedy pewnego dnia zmieniał swoje stereo, dzięki jego uprzejmości mogłem najpierw pożyczyć od niego gramofon. Po kilku miesiącach, za jakieś naprawdę niewielkie pieniądze, stałem się dumnym właścicielem Fryderyka i Meluzyny. Dzisiaj te nazwy mogą wywołać uśmiech. Wtedy brzmiały niemal magicznie – Fryderyk, Meluzyna. To był już poziom! Mogłem wreszcie słuchać swoich płyt tak, jak chciałem. Mogłem cieszyć się muzyką, odkrywać nowe nagrania i godzinami siedzieć przy gramofonie.
I jest w tej historii coś niezwykłego. Ten sam Fryderyk i ta sama Meluzyna nadal są u mnie. Minęło ponad pół wieku, zmienił się świat, pojawiły się płyty kompaktowe, pliki cyfrowe, internet i serwisy muzyczne, z których można w jednej chwili odtworzyć niemal dowolny utwór. A ja wciąż mam sprzęt, który trafił do mnie dzięki Mirkowi. Czasami jeszcze słucham na nim analogowej muzyki. Wyciągam stare winyle, również te z naszych młodych lat. Od dzisiaj ten gramofon będzie dla mnie czymś więcej. Pewnie za każdym razem, kiedy położę płytę na talerzu i ostrożnie opuszczę igłę, pomyślę o Mirku. O Smoczej, Miłej, naszym liceum, pomidorach i partenokarpii. O czasach, kiedy wszystko było jeszcze przed nami.
Pamiętam również cudowny album Abby, który dostałem od Mirka i jego dziewczyny Izy po ich powrocie podczas studiów ze Szwecji. W tamtych czasach taki album nie był zwykłą płytą. Był prezentem szczególnym. Czymś przywiezionym z innego świata, kolorowego, trochę odległego i fascynującego. Ale przede wszystkim był prezentem od przyjaciół.
Praktycznie do chwili, kiedy Mirek i Iza wyjechali na stałe do Szwecji, spotykaliśmy się dosyć często. Każdy z nas budował już swoje dorosłe życie. Studiowaliśmy, podejmowaliśmy pierwsze ważne decyzje, szukaliśmy własnego miejsca. Cieszyliśmy się swoimi osiągnięciami. I chyba właśnie to pamiętam szczególnie dobrze. Nie było między nami potrzeby porównywania się czy udowadniania czegokolwiek. Była zwyczajna radość, kiedy drugiemu coś się udało.
Potem przyszło życie. Dzisiaj wiem, jak bardzo potrafi być zachłanne.
Najpierw pojawiają się studia i praca. Potem rodzina, dzieci, obowiązki, kolejne sprawy do załatwienia. Człowiek ciągle gdzieś biegnie. Wydaje mu się, że musi zrobić jeszcze to i tamto. Że zadzwoni jutro, spotka się za miesiąc. Że przecież będzie jeszcze wiele okazji.
Czas powoli zaciera dawne ścieżki. Nie dlatego, że ludzie przestają być ważni. Po prostu codzienność przesłania niemal wszystko, co znajduje się poza najbliższą rodziną i bieżącymi sprawami.
Tak też stało się z nami. Mirek był w Szwecji. Ja żyłem swoim życiem w Polsce. Mijały lata. A jednak nigdy nie stał mi się człowiekiem obcym. Są bowiem ludzie, których możemy nie widzieć bardzo długo, ale kiedy o nich myślimy, w naszej pamięci natychmiast wracają na swoje dawne miejsce. Nie trzeba budować tej bliskości od początku. Ona gdzieś w nas pozostała.
Kilka lat temu Mirek wrócił do Polski i zamieszkał na Śląsku. Planowaliśmy spotkanie. I nie udało się.
Rzeczywistość znowu przesłoniła nasze plany. Zawsze było coś. Zawsze wydawało się, że jeszcze zdążymy. Że przecież Mirek jest. Że ja jestem. Że znajdziemy odpowiedni dzień, usiądziemy razem i zaczniemy wspominać. Pewnie śmialibyśmy się z wielu historii. Pewnie rozmawialibyśmy o liceum. Może zapytałbym Mirka, czy pamięta jeszcze swoją partenokarpię pomidorów. Opowiedziałbym mu, że nadal mam Fryderyka i Meluzynę. Może nawet puścilibyśmy jakąś starą płytę. Może Abbę. Mieliśmy się spotkać. Nie zdążyliśmy.
Mirek odszedł nagle. Zaskakująco nagle.
I właśnie wtedy człowiek po raz kolejny przekonuje się, jak kruche są wszystkie nasze plany i jak bardzo złudne jest przekonanie, że na wszystko mamy jeszcze czas. Kiedy dowiedziałem się o śmierci Mirka, wróciły do mnie obrazy sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Nie zobaczyłem lekarza pracującego przez lata w Szwecji. Zobaczyłem chłopaka z liceum. Mojego kolegę. Mirka.
Zobaczyłem Smoczą i Miłą. Szkolne korytarze. Naszą młodość. Rozmowy o biologii. Pierwsze poważne zainteresowania. Muzykę. Gramofon. Płyty. I pomyślałem, że człowiek tak naprawdę pozostaje w naszej pamięci w bardzo prostych obrazach. W geście, rozmowie, drobnym podarunku, zwykłej życzliwości.
Mirek podarował mi kiedyś możliwość słuchania muzyki na dobrym sprzęcie. Być może dla niego była to zwyczajna, koleżeńska rzecz. Dla mnie stała się wspomnieniem, które przetrwało ponad pół wieku. Takich rzeczy nie planujemy. Nie wiemy, które nasze gesty pozostaną z drugim człowiekiem na całe życie. Dzisiaj pozostało mi wspomnienie o Mirku.
Jest w nim smutek. Wielki smutek, bo jego odejście przyszło zbyt nagle. Jest również żal. Żal o to spotkanie, którego nie było. Ale kiedy myślę o Mirku, czuję przede wszystkim ciepło. Bo w tym wspomnieniu jest bardzo dużo radości. I jest młodość. Nasza młodość. Ten niezwykły czas, kiedy mieliśmy po kilkanaście lat, chodziliśmy do liceum na Smoczej i byliśmy przekonani, że życie dopiero się zaczyna.
Mirek na zawsze pozostanie częścią tamtego czasu. Mojego czasu. Mojego życia.
A gdzieś u mnie nadal stoi stary Fryderyk i Meluzyna. Są stare winyle. Jest album Abby. Przedmioty czasami mają niezwykłą pamięć. Patrzymy na nie i nagle wracają ludzie. Wracają głosy. Wracają rozmowy. Wracają chwile, o których wydawało nam się, że dawno je zapomnieliśmy.
Dlatego, Mirku, nie chcę żegnać Cię wielkimi słowami. Chcę Ci po prostu podziękować. Za naszą młodość. Za koleżeństwo. Za rozmowy. Za muzykę. Za Twoją życzliwość. Za to, że byłeś częścią mojego życia w czasie, który dzisiaj wspominam z tak wielkim ciepłem.
Najnowsze komentarze